Burzliwy czas, melancholijna pogoda, schizofrenia paranoidalna. Ciężko wszystko pozbierać, wyzbyć się złych wspomnień, nie tonąć w Bajkale własnych (nie)urojeń. Czuć zgniliznę, zepsucie, niski biomet. Wszystko idzie nie w tym kierunku co trzeba. Coś złego zawiesiło się sześć stóp nad ziemią i wyczekuje odpowiedniego, albo najmniej odpowiedniego momentu. On nastąpi, jestem pewien. Mój świat znów zadrży i narobi wielkich spustoszeń.
Codzienność.
Tylko ona trzyma mnie w dybach, karmiąc iluzją i sztuczną poprawnością. Wszystko kręci się tak jak pierwotnie powinno, ramy są bardzo sztywne. Wydaje się, że prosta tuż tuż. Choć bardzo często życie robi nam psikusy, których w rzeczywistości żaden Sapkowski, tudzież Miller nie urodziłby we łbie.
Wiem jak sobie pomóc - fizycznie. Nie do końca jednak jestem w stanie wdrożyć swoje plany, czy też wizje w codzienność. Jest wiele przeciwności i chyba póki co pasuje. Z zachowaniem umiaru oczywiście. Patrząc na pewne uwarunkowania genetyczne moich rodzicieli, a właściwie jednego z osobników płci męskiej, jestem skłonny wysnuć tezę iż, jestem najprawdopodobniej kandydatem do wytwarzania frakcji lipoprotein o niskiej gęstości. Ujmując prościej - jestem narażony na chorobę niedokrwienną, zawał mięśnia sercowego i tym pochodne. Warto się zbadać. Dobre dla mnie jest to, że staram się sporo swojego czasu spędzać w ruchu. I tu nie chodzi koniecznie o ruch wahadłowy. Mimo wszystko - powinienem przeprowadzić pakiet badań. Dla wiedzy rzecz jasna.
Rzeczywistość.
Bywa okrutna. Dziesiąty kwietnia 2010 roku zapamiętamy na długo, jeżeli nie na zawsze. Katastrofa, zbieg okoliczności, ironia jebanego losu? Parę lat wcześniej papież, siedemdziesiąt lat temu 7088 polskich oficerów, uczonych, ludzi, którzy wówczas stanowili o polskiej sile. Wszystko w jednym czasie. Ktoś sobie z nas kpi i zdaje się, że ma z tego niezły ubaw. Niech spoczywają w pokoju.
Niedaleka przyszłość.
Rysuje się dość zagadkowo. Ciężko jednoznacznie określić co, gdzie, jak i kiedy. Na szczęście lekko zamazany, trochę nieczytelny obraz jawi mi się pod tą moją puszką. Co z tego wyjdzie, jak to wszystko zostanie rozegrane - do końca nie wiem. Powinno być stabilnie, choć z drugiej strony...cholera wie. Boję się właśnie tej drugiej strony. I nikt nie jest w stanie wypłoszyć tych obaw z mojej głowy. Intuicja, czy inne chujstwo szepcze mi do ucha, że moje wyobrażenia są śmieszne w stosunku do rzeczywistości. Mocno wierzę, że nie będzie to mój osobisty Smoleńsk.



